
fot.: linusb4/SXC
Kariera prokuratora Jacka K. była splotem nieprawdopodobnych przypadków. Jej apogeum były zeznania przed sejmową komisją w sprawie Barbary Blidy. Kiedy został adwokatem, szczęście zaczęło go opuszczać. W zeszłym tygodniu usłyszał zarzut skorumpowania dwóch policjantów katowickiej drogówki. W ub.r. za spowodowanie wypadku drogowego, w którym zginęła staruszka, został skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata.
Jacek K. jest adwokatem od kilku lat. Wcześniej był prokuratorem. Dzisiaj koledzy K. niechętnie wypowiadają się na jego temat. To zrozumiałe. W obu środowiskach uchodzi za „czarną owcę”. Ci z prokuratury nie chcą nic mówić, bo nie mogą komentować wydarzeń sprzed lat. – Adwokatem jest niedługo, kilka lat. Niemal go nie znamy – słyszę z kolei w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Katowicach.
K. pracował od 1998 r. w prokuraturze w Sosnowcu, a w 2003 r. przeszedł do Prokuratury Rejonowej w Katowicach. Rok później był już szefem działu śledztw. – Kiedy był prokuratorem, spotykaliśmy się czasem na boisku, żeby pograć. Tak na luzie, po pracy. Najbardziej faulował Jacek, aż musieliśmy podczas jednego meczu dać mu nauczkę – wspomina jego były kolega z prokuratury. Czy K. grał nieczysto również w prokuraturze?
„Pożyczka” adwokata dla policjantów
Niedawno funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych (czyli tzw. policja w policji) zatrzymali mecenasa Jacka K. oraz sześciu policjantów katowickiej drogówki. Policjantom postawiono 150 zarzutów dotyczących brania łapówek od kierowców i trafili do aresztu. Mecenas K. usłyszał zarzut powoływania się na wpływy w komendzie miejskiej w Katowicach i przekazanie dwóm funkcjonariuszom policji 1000 zł w zamian za informacje z dochodzenia dotyczącego jego klientki oraz zmniejszenie jej kary. Adwokat do aresztu nie trafił. Po wpłaceniu 40 tys. zł kaucji pozostaje na wolności.
Z informacji „Codziennej” wynika, że w swoich wyjaśnieniach mecenas przyznał, że dwóch spośród aresztowanych policjantów drogówki znał i prosił ich o informacje o tym, jak toczy się sprawa jego klientki – dentystki, która prowadziła auto pijana i uderzyła w radiowóz. Mecenas K. tłumaczył, że… dał funkcjonariuszom 1000 zł, ale jako pożyczkę, a nie łapówkę. – Mętnie tłumaczy i ma nas za idiotów, i myli się. Obciążają go zeznania kobiety, która stwierdziła, iż Jacek K. mówił jej, że sprawę załatwi – wyjaśnia nasz informator z kręgu osób znających kulisy prowadzonego postępowania. – Liczymy, że postawienie zarzutów Jackowi K. będzie sygnałem, iż skończyła się jego bezkarność i nimb wszechmocnego adwokata, jaki wokół siebie roztaczał – dodaje.
Pupil TW „Marii”
Jacek K. awansował w katowickiej rejonówce. Był pupilem ówczesnej szefowej prokuratury Barbary Obcowskiej, która w styczniu 2005 r. straciła stanowisko szefowej Prokuratury Rejonowej Katowice Centrum-Zachód. Powód? W katowickiej prokuraturze miało dochodzić do wyzysku i ujawniania osobom nieupoważnionym tajemnicy służbowej.
To niejedyny kłopot Obcowskiej. Obecnie toczy się proces, bo IPN zarzuca byłej prokurator kłamstwo lustracyjne. – Od lipca 1987 r. do stycznia 1990 r. była tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie Maria. Została pozyskana na zasadzie dobrowolności do sprawy obiektowej o kryptonimie Temida – informuje naczelnik oddziałowego Biura Legislacyjnego Andrzej Majcher. Obcowska przyznała, że spotykała się z prowadzącym ją oficerem, o którym wiedziała, że jest funkcjonariuszem SB, jednak tę znajomość uznawała za prywatną.
Po raz pierwszy o prokuratorze K. z Prokuratury Rejonowej w Katowicach było głośno w związku z aferą węglową. W 2004 r. na jego biurko trafił donos Ryszarda Zająca, byłego posła lewicy. Był on skonfliktowany z Barbarą Kmiecik, bizneswoman, która od lat 80. ubiegłego wieku miała świetne kontakty w środowisku górniczym i zajmowała się handlem węglem. K. aresztował ją za nadużycia przy załatwianiu dotacji z UE. W wyniku zeznań Kmiecikowej i Zająca w 2007 r. ABW miała zatrzymać Barbarę Blidę z SLD. Była minister popełniła samobójstwo.
Jacek K. trzy razy był przesłuchiwany przez sejmową komisję śledczą. Podczas jednego z przesłuchań był gwiazdą. Zeznał, że to nie on podpisał postanowienie o wszczęciu śledztwa w sprawie Barbary Blidy. Z jego opowieści wynikało wręcz, że postanowienie w sprawie byłej posłanki SLD zostało sfałszowane. Wśród posłów z komisji śledczej zawrzało. Politycy PO i SLD mówili o politycznych naciskach w sprawie Blidy. Jak się okazało, dokument podpisał prokurator Jarosław Wilczyński, były kolega K. z prokuratury rejonowej, który zeznał, że normalną praktyką było, iż z powodu nawału pracy wiele razy z Jackiem K. podpisywali się na różnych pismach „z upoważnienia”.
Nawet dzisiaj niełatwo zrozumieć motyw zachowania Jacka K. Czyżby wtedy uznał, że więcej może na sprawie Blidy zyskać, kiedy będzie kreował się na prokuratora prześladowanego przez „prokuratorów z nadania PiS‑u”? Zapewne. – Nie dawałem przełożonym gwarancji, że dostaną to, czego najbardziej oczekiwali, czyli politycznej głowy – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Z jego opowieści wynika, że jego przełożeni mieli na niego naciskać na postawienie Blidzie zarzutów, wykorzystując w tym celu m.in. postępowanie dyscyplinarne przeciwko niemu w sprawie wypadku samochodowego, który K. spowodował w 2004 r. w Mikołowie (woj. śląskie).
Świadek z SB
Jacek K. jechał wtedy swoją laguną i potrącił starszą kobietę, która – jak wyjaśniał – nagle wtargnęła na przejście dla pieszych. Biegli wyliczyli, że prokurator prawdopodobnie o co najmniej 20 km/h przekroczył dopuszczalną prędkość. Ich zdaniem mógłby wyhamować, gdyby jechał zgodnie z przepisami.
Aby prokuratorowi można było postawić zarzuty, niezbędne jest uchylenie immunitetu. K. przed tym bronił się jak lew. Immunitet utracił dopiero po ponad roku od wypadku. Prawomocny wyrok były już prokurator usłyszał w sierpniu 2011 r.: rok w zawieszeniu na 2 lata. – Nie będę z wami rozmawiał – stwierdził mecenas Jacek K., gdy prosiliśmy o spotkanie.
W 2007 r. zrezygnował z funkcji prokuratora i podjął praktykę adwokacką. Szybko się okazało, że rozpoczął praktykę adwokacką, pobierając równocześnie wynagrodzenie prokuratorskie.
Podczas śledztwa w sprawie wypadku w Mikołowie działy się rzeczy zaskakujące. Otóż do prokuratury zgłosił się niespodziewanie świadek Andrzej Knapik, były kapitan SB, który zeznał, że jechał powoli z przeciwka, ponieważ był korek na drodze. Przypadkiem widział, jak kobieta „nagle wtargnęła na pasy” pod auto prokuratora. Zaskakujące jest, że Knapik do prokuratury zgłosił się, zanim pojawiło się w prasie ogłoszenie o poszukiwaniu świadków tego wypadku. Ustaliliśmy, że K. i Knapik znają się od lat, spotykali się prywatnie. Wątpliwości co do wiarygodności nieoczekiwanego świadka miał też sąd i śledczy, ale powzięli je dopiero od niedawna.
– Prokuratura Okręgowa w Katowicach, kierując akt oskarżenia przeciwko Jackowi K., zawnioskowała o przesłuchanie 5 świadków, w tym Andrzeja K. W październiku 2011 r. po uzyskaniu odpisów zeznań złożonych przez tego świadka w śledztwie i przed sądem, przesłano te materiały do Prokuratury Rejonowej w Mikołowie celem przeprowadzenia postępowania w sprawie złożenia przez świadka nieprawdziwych zeznań – mówi Marta Zawada-Dybek, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Jacek K. nadal może być adwokatem – nie jest prawomocnie skazany za korupcję, a wypadek w Mikołowie uznano za spowodowany nieumyślnie…
